Wycinają schorowane serce i wszywają nowe

 

O przeszczepach - ratunku dla pacjentów bez szans na inne leczenie - opowiada dr hab. Karol Wierzbicki, specjalista kardiochirurgii i transplantologii klinicznej

Podobno czasem pędzi Pan na drugi koniec Polski, jeśli tylko jest tam serce do pobrania.

To prawda. Tu nigdy nie wiadomo, kiedy trzeba będzie polecieć po serce i zorganizować przeszczep choremu. Od 20 lat mam zawsze przy sobie telefon, bo w każdej chwili mogę się okazać potrzebny. Czekamy cały czas, dzień za dniem, ale telefony dzwonią rzadko...

Serc jest mało, bo nie wszystkie nadają się do przeszczepu?
Tak. Wykorzystanie serc od dawców jest bardzo niewielkie - jedynie co szósty dawca narządów jest dawcą serca. Wynika to z tego, że zmarły, od którego pobieramy serce, nie może zginąć na skutek silnego uderzenia w klatkę piersiową albo mieć chorego serca. Zawał i inne choroby, które je uszkadzają, automatycznie dyskwalifikują narząd do pobrania. Poza tym dawca musi być w odpowiednim wieku. Nie pobieramy serc od osób zmarłych powyżej 50.-55. roku życia, a w tym granicznym wieku zawsze musimy przeprowadzić badania tętnic wieńcowych i wykluczyć obecność miażdżycy. Tych przeciwwskazań jest wiele, a my nie możemy się pomylić. Bo jeśli przeszczepimy serce niezdrowe, to będzie dramat.

Ale pomiędzy wycięciem serca a wszczepieniem go choremu jest bardzo mało czasu. Jak to wszystko pogodzić?
Niestety, to walka o każdą minutę, a serca często pobieramy na drugim końcu kraju, na przykład w Szczecinie. Najpierw zakleszczamy aortę - od tego momentu zaczyna się liczyć czas. Następnie zatrzymujemy serce specjalnym płynem, który zabezpiecza je przed uszkodzeniem, i wycinamy je. Serce znów jest umieszczane w płynie, w niskiej temperaturze, wtedy może zostać przewiezione. W tym czasie musimy się przedostać na przykład do Goleniowa, gdzie jest lotnisko, przelecieć nad całą Polską do Balic, skąd karetka przewiezie nas już tutaj, do szpitala, a następnie dokładnie serce wszyć i uruchomić. I na to mamy cztery godziny.

Zdążacie?
Musimy. Bo tu, w Krakowie, ktoś na to serce czeka. Tak. Chorzy, którym przeszczepiamy serca, to pacjenci bez szans na inne leczenie. Nie możemy im pomóc ani lekami, ani wymianą zastawek lub wszczepieniem bajpasów. Najczęstsze choroby, które prowadzą do takiego stanu, to tzw. kardiomiopatie, czyli zaburzenia pracy serca na skutek przebytych infekcji albo predyspozycji genetycznych, czasem wieloletniego nadużywania alkoholu. W ich przypadku serce powoli przestaje się kurczyć, praktycznie stoi. Czasem musimy w ten sposób leczyć również pacjentów po dwóch zawałach albo jednym poważnym. Bo jeśli serce nie było potem odpowiednio leczone, to jedyną szansą pozostaje wymiana.

Dużo jest takich pacjentów?
Ocenia się, że na świecie niewydolność serca dotyka od 1 do 2 proc. ludzi, a z tego jedna osoba na dziesięć kwalifikuje się do przeszczepu. To dużo. Teraz w samej Polsce kilkaset osób potrzebuje sprawnego serca. A te liczby zmieniają się, bo ośrodki codziennie zgłaszają nowych pacjentów.

Jak długo chorzy muszą czekać?
Mieliśmy kiedyś pacjenta, który był operowany dopiero po roku. A w tej chwili większość czekających na przeszczep jest już mocno schorowana. Muszą przebywać w szpitalu i być ciągle podłączeni do bardzo mocnych leków dożylnych, które wspomagają kurczliwość serca. Bez nich by nie przeżyli. Z drugiej strony nie mogą brać tych leków za długo, bo w pewnym momencie serce nie będzie na nie reagować. I dodatkowo, na skutek zbyt długiego niedokrwienia, dojdzie do uszkodzenia nerek czy wątroby, niedokrwienia nóg i mózgu.

Czyli inne narządy odmówią współpracy.
Dokładnie. W skrajnych wypadkach zdarza się, że po przeszczepie jedynym dobrym organem jest serce. Nie umiemy już wtedy przywrócić funkcji nerek ani wątroby. Pozostałe narządy przestają odpowiednio pracować i chory nie ma czasem siły już nawet oddychać. To największy dramat tak długiego oczekiwania. Pacjentów męczy też sam pobyt w szpitalu. Kiedy ich serce bije sześć razy słabiej niż osoby zdrowej, to nie jest życie, to wegetacja.

 Jak wygląda zabieg, który to życie przywraca?
Dla chirurgów jest bardzo prosty i przyjemny. Wycina się stare, wielkie i schorowane serce, przecina aortę i pień płucny, odcina się część lewego i prawego przedsionka, a w to miejsce - analogicznie - doszywa się serce pobrane. Samo wszycie serca trwa godzinę. A kiedy zostanie już wszyte, trzeba je pobudzić. Czasem samo zaczyna bić. Ściąga się krew z aorty, krew od pacjenta zaczyna dopływać do serca i ono po chwili, kiedy poczuje w sobie tę krew, zaczyna pracować. I to oznacza, że serce było dobrze pobrane, zabezpieczone, a czas niedokrwienia nie trwał za długo. Czasem musimy pobudzać je impulsem elektrycznym i potem jest tzw. okres reperfuzji. Patrzymy, czy to serce będzie chciało bić. To trudny okres, zwłaszcza dla chirurga, który je wszczepiał. Wszystko się wtedy obiecuje, byle serce zaczęło pracować...

Zazwyczaj się udaje?
Tak. W tej chwili techniki przeszczepu są bardzo zaawansowane i sama operacja daje znacznie lepsze wyniki niż jeszcze kilkanaście lat temu. Mamy pacjentów, którzy żyją już 24 lata po przeszczepie. Kiedy zaczynałem przygodę z transplantacją, to nie wyglądało tak dobrze. Teraz operacja to nie problem, trzeba tylko mieć co wszczepić. Proszę sobie wyobrazić, że od początku roku w naszym szpitalu wykonaliśmy jedynie dwie transplantacje serca. A ile osób na nie czeka i jest w gotowości... Narządy traktujemy więc jak lek, który pomaga, a którego nie możemy dostać.

Ostatnio sporo się mówi o sztucznych sercach, które też mogą ratować ciężko chorych.

Tak, one stają się nawet pewną alternatywą dla przeszczepu. Są to urządzenia, które na świecie wszczepia się od dość dawna, a w Polsce od około dwóch lat. W naszym szpitalu tym sposobem udało się wyleczyć już siedmiu pacjentów, którzy nie mogli się doczekać przeszczepu. A wyniki leczenia sztucznym sercem są coraz lepsze i niewiele gorsze od tych dotyczących przeszczepu prawdziwego narządu. Zresztą, jeden z naszych pacjentów opowiadał mi o sytuacjach, które diametralnie się zmieniły po wszczepieniu sztucznego serca. Powiedział, że przed operacją, idąc drogą z domu do sklepu, zatrzymywał się trzy razy. Teraz przechodzi ten odcinek całkiem swobodnie i nawet o tym nie myśli. Wchodząc na pocztę na drugie piętro, kilka razy stawał, nawet pamiętał dokładnie, na których schodkach. A dziś może pokonać je bez zatrzymywania.

To dlaczego nie można tak pomóc wszystkim?
Ponieważ to urządzenie zastępuje pracę tylko lewej komory. To znaczy, że pacjent musi mieć całkowicie zdrową prawą, w innym przypadku sztuczne serce mu tylko zaszkodzi. Generalnie przeszczep serca jest wciąż dużo korzystniejszym rozwiązaniem dla pacjentów i na dłuższą skalę daje lepsze wyniki niż takie wspomaganie krążenia. Sztuczne serce wszczepia się w koniuszek chorego serca. Od tego odchodzi rurka, która przerzuca krew z lewej komory do aorty, będąc na zewnątrz cały czas podłączona do dwóch dużych baterii. Pacjent do końca życia musi więc z nimi chodzić.

Ci, którzy doczekali przeszczepu, mają łatwiej?

Trudno to jednoznacznie ocenić. Pacjenci po przeszczepie do końca życia muszą zażywać leki immunosupresyjne, które obniżają odporność. Serce pobrane od obcego człowieka nigdy nie będzie się zgadzać pod względem kodu tkankowego, więc aby mogło się przyjąć i dobrze pracować, trzeba hamować działanie układu odpornościowego. Ale to nie o to chodzi. Człowiek po przeszczepie jest całkiem inny, może po prostu żyć i znów normalnie funkcjonować, na pewno dużo lepiej niż chory, którego serce jest „tylko” wspomagane mechanicznie. Czasem nie poznaję swoich pacjentów, którzy przychodzą tydzień po operacji przeszczepu, tak są odmienieni. Mówią mi: doktorze, ja się wreszcie dobrze czuję i mogę oddychać! Potem przychodzą do nas co miesiąc, aby się skontrolować. I jeśli dbają o swoje zdrowie - przyjmują lekarstwa, nie palą, nie piją, kontrolują ciśnienie i uprawiają trochę sportu, to te dobre efekty pozostają na długo.

Dr hab. n. med. Karol Wierzbicki - specjalista kardiochirurgii i transplantologii klinicznej, kierownik Odcinka Transplantologii i Mechanicznego Wspomagania Krążenia w Oddziale Klinicznym Chirurgii Serca, Naczyń i Transplantologii w Krakowskim Szpitalu Specjalistycznym im. Jana Pawła II. Przeszczepami serca zaczął się zajmować w latach 1995-1996, na III roku studiów. Od tego czasu angażuje się w transplantologię, ratując życie najciężej chorym pacjentom.

Źródło: http://www.gazetakrakowska.pl/lekarz-malopolski/a/wycinaja-schorowane-serce-i-wszywaja-nowe,10081634/